24 kwiecień 2010 o 23:03
Schodzi się do metra z dość ciemnej ulicy. Wyraźnie widzi się jasno oświetlone schody, stopnie. Na powierzchni zostają drzewa, które kwitną jak rok, dwa lata, trzy lata temu. Pamiętam jak kupiłam rower. FMD po nocach, spacery z psem i szczękanie zębami z zimna. Wszystko poszło się pieprzyć.
Do wagonu metra wchodzą ze mną dwa obleśne tłuściochy w spódnicach mini, galerianki XXL. Wały tłuszczu na brzuchach, uda jak u godżilli, słoniowe kostki spętane sandałami rzymskich legionistów. Gołe zmarznięte nogi (ja w płaszczu, owinięta wełnianym szalikiem), powiększony zestaw zimnych nóżek w galarecie. Foie gras na obcasach. Dzięki temu widokowi droga szybko mija.
Wychodzi się z metra, ale już ciężko wspinać się po schodach, dopadło to, tamto. Wzdłuż Wałbrzyskiej rosną kasztany, a ich wielkie, jeszcze nie rozłożone liście wiszą jak zielone jądra. Co za urocze skojarzenie. Powidok: para zakurzonych damskich pantofli z urwanym guzikiem. Gdyby to nie był zwid, ale rzeczywistość, rzuciłabym się na kolana, żeby je całować.