piątek, 5 listopada 2010

Adekwatność

Maria Dąbrowska mawiała podobno: "przeszkadza mi pogoda nie tyle zła, co nieodpowiednia". W ten sam sposób daje się mówić o ludzkich postawach i zachowaniach. Nie: złe, ale: nieodpowiednie, nie-odpowiadające, nieadekwatne. Do czego? Do sytuacji, do statusu, do miejsca i czasu, w końcu - do oczekiwań drugiego człowieka.

Bywa tak, że chcąc tak mocno zakręcić butelkę, by mieć stuprocentową pewność, że nic się z niej nie wyleje, przekręcamy zakrętkę, przekraczamy granicę jej oporu, nieodwracalnie niszczymy gwint. Z naszymi związkami czasami dzieje się to samo. Przykładamy zbyt wielką siłę do ich podtrzymywania, staramy się bez limitów, angażujemy bezgranicznie, święcie przekonani, że nawet odrobina mniej z naszej strony byłaby... zdradą? Pcha nas do tego wizja zrodzona daleko wcześniej, projekt stworzony z fragmentów książek, filmów, melodii, romantycznych przekonań innych ludzi, wierzeń i religii, naszego poczucia wartości lub niedowartościowania, smutków z dzieciństwa, nadziei, marzeń, tysięcy obrazów, zapachów, doznań. W naszych umysłach obraca się trójwymiarowy model życia, generując działanie, wyznaczając trasę, podpowiadając nawet siłę kroków. Kompletna konstrukcja, która wymaga wstawienia już tylko jednego elementu. Niestety dla nas, ów "element" jest zawsze drugim podmiotem.

Może zdarzyć się tak, że pewnego dnia zaczynamy zdawać sobie sprawę, że nasze działania nie przynoszą już takiego skutku, jak dawniej albo że nie skutkują w ogóle. Zaczynamy panikować, szukać błędu, pomyłki, winy w sobie. Staramy się naprawić. Rozglądamy za instrukcją, metodą. Dopytujemy. Ale zamiast prostych wskazówek: zrób to i to, zrób tak i tak, otrzymujemy tylko coraz silniejszy przekaz, że nic nie jest takie, jak być powinno. Nadciąga chłód, rzeczywistość się rozrzedza, coraz szybciej poruszamy nogami, by biec, ale stoimy w miejscu, jak we śnie. Wytężamy wzrok, ale nie widzimy, sięgamy po coś, ale nasza dłoń pozostaje pusta. Zaczęło się wylewać, przeciekać. Zaczęliśmy tracić.