czwartek, 13 stycznia 2011
środa, 12 stycznia 2011
Reggae
Pewnego dnia już nie kocham. I to wszystko.
Smutna prawda jest taka, że nikt z nas nie zasługuje na miłość. Miłość to uczucie nie z tego świata, za duże, za obce, za niezrozumiałe. Za dobre dla nas. Możemy co najwyżej do niej aspirować. Warto, bo za jej sprawą rośnie się i dojrzewa. To wszystko, co możemy.
Smutna prawda jest taka, że nikt z nas nie zasługuje na miłość. Miłość to uczucie nie z tego świata, za duże, za obce, za niezrozumiałe. Za dobre dla nas. Możemy co najwyżej do niej aspirować. Warto, bo za jej sprawą rośnie się i dojrzewa. To wszystko, co możemy.
piątek, 5 listopada 2010
Adekwatność
Maria Dąbrowska mawiała podobno: "przeszkadza mi pogoda nie tyle zła, co nieodpowiednia". W ten sam sposób daje się mówić o ludzkich postawach i zachowaniach. Nie: złe, ale: nieodpowiednie, nie-odpowiadające, nieadekwatne. Do czego? Do sytuacji, do statusu, do miejsca i czasu, w końcu - do oczekiwań drugiego człowieka.
Bywa tak, że chcąc tak mocno zakręcić butelkę, by mieć stuprocentową pewność, że nic się z niej nie wyleje, przekręcamy zakrętkę, przekraczamy granicę jej oporu, nieodwracalnie niszczymy gwint. Z naszymi związkami czasami dzieje się to samo. Przykładamy zbyt wielką siłę do ich podtrzymywania, staramy się bez limitów, angażujemy bezgranicznie, święcie przekonani, że nawet odrobina mniej z naszej strony byłaby... zdradą? Pcha nas do tego wizja zrodzona daleko wcześniej, projekt stworzony z fragmentów książek, filmów, melodii, romantycznych przekonań innych ludzi, wierzeń i religii, naszego poczucia wartości lub niedowartościowania, smutków z dzieciństwa, nadziei, marzeń, tysięcy obrazów, zapachów, doznań. W naszych umysłach obraca się trójwymiarowy model życia, generując działanie, wyznaczając trasę, podpowiadając nawet siłę kroków. Kompletna konstrukcja, która wymaga wstawienia już tylko jednego elementu. Niestety dla nas, ów "element" jest zawsze drugim podmiotem.
Może zdarzyć się tak, że pewnego dnia zaczynamy zdawać sobie sprawę, że nasze działania nie przynoszą już takiego skutku, jak dawniej albo że nie skutkują w ogóle. Zaczynamy panikować, szukać błędu, pomyłki, winy w sobie. Staramy się naprawić. Rozglądamy za instrukcją, metodą. Dopytujemy. Ale zamiast prostych wskazówek: zrób to i to, zrób tak i tak, otrzymujemy tylko coraz silniejszy przekaz, że nic nie jest takie, jak być powinno. Nadciąga chłód, rzeczywistość się rozrzedza, coraz szybciej poruszamy nogami, by biec, ale stoimy w miejscu, jak we śnie. Wytężamy wzrok, ale nie widzimy, sięgamy po coś, ale nasza dłoń pozostaje pusta. Zaczęło się wylewać, przeciekać. Zaczęliśmy tracić.
Bywa tak, że chcąc tak mocno zakręcić butelkę, by mieć stuprocentową pewność, że nic się z niej nie wyleje, przekręcamy zakrętkę, przekraczamy granicę jej oporu, nieodwracalnie niszczymy gwint. Z naszymi związkami czasami dzieje się to samo. Przykładamy zbyt wielką siłę do ich podtrzymywania, staramy się bez limitów, angażujemy bezgranicznie, święcie przekonani, że nawet odrobina mniej z naszej strony byłaby... zdradą? Pcha nas do tego wizja zrodzona daleko wcześniej, projekt stworzony z fragmentów książek, filmów, melodii, romantycznych przekonań innych ludzi, wierzeń i religii, naszego poczucia wartości lub niedowartościowania, smutków z dzieciństwa, nadziei, marzeń, tysięcy obrazów, zapachów, doznań. W naszych umysłach obraca się trójwymiarowy model życia, generując działanie, wyznaczając trasę, podpowiadając nawet siłę kroków. Kompletna konstrukcja, która wymaga wstawienia już tylko jednego elementu. Niestety dla nas, ów "element" jest zawsze drugim podmiotem.
Może zdarzyć się tak, że pewnego dnia zaczynamy zdawać sobie sprawę, że nasze działania nie przynoszą już takiego skutku, jak dawniej albo że nie skutkują w ogóle. Zaczynamy panikować, szukać błędu, pomyłki, winy w sobie. Staramy się naprawić. Rozglądamy za instrukcją, metodą. Dopytujemy. Ale zamiast prostych wskazówek: zrób to i to, zrób tak i tak, otrzymujemy tylko coraz silniejszy przekaz, że nic nie jest takie, jak być powinno. Nadciąga chłód, rzeczywistość się rozrzedza, coraz szybciej poruszamy nogami, by biec, ale stoimy w miejscu, jak we śnie. Wytężamy wzrok, ale nie widzimy, sięgamy po coś, ale nasza dłoń pozostaje pusta. Zaczęło się wylewać, przeciekać. Zaczęliśmy tracić.
czwartek, 14 października 2010
Bezbronność
Jeśli nie jesteśmy obdarzeni szczególnym darem, jeśli nie mamy wyjątkowej, charyzmatycznej osobowości, nie mamy wpływu na innych ludzi. Choćbyśmy nauczyli się na pamięć podręcznika Cialdiniego, w swoich działaniach i skutkach tych działań zatrzymamy się na powierzchni drugiego człowieka, osiągając, co najwyżej, mistrzostwo w manipulacji.
Spryt i wystarczająca doza bezczelności pozwalają dziś dość skutecznie śledzić drugiego człowieka. Możemy zajrzeć do jego portfela, do telefonu, do elektronicznej poczty. Pewnego rodzaju kompetencja i umiejętność poradzenia sobie z poczuciem winy dają cudowne poczucie kontroli: wiemy. Wiemy i tylko od nas zależy, czy, gdzie, w jaki sposób oraz kiedy ujawnimy tę naszą wiedzę. Nosimy ją jak skarb, broń, potencjał. Wydajemy się sobie silniejsi. Wydaje nam się, że odwrócimy konsekwencje zdarzeń i pokierujemy tymi, które mają dopiero nadejść. Ale to tylko okrutne złudzenie.
Jesteśmy bowiem potwornie żałośni, podwójnie żałośni. Raz, bo przekroczyliśmy własne sumienie, targani niepokojem i rozpaczą, dwa - bo pozwoliliśmy, by uczucia do tego stopnia zawładnęły naszym życiem, by przekroczenie tej granicy stało się możliwe.
Prawda jest wstrząsająca: przegrywamy już w momencie, gdy pochylamy się, by zajrzeć do cudzego pokoju przez dziurkę od klucza. Wiemy czy nie - jesteśmy tak samo bezbronni. Nasza zbroja jest pergaminowa, nasza broń to oszczep z zapałek.
Czy możemy zajrzeć w oczy człowiekowi, który kieruje swoje spojrzenie na kogoś innego niż my? Czy istnieje hasło, które można złamać, by to się udało? Jeśli drugi człowiek przestał chcieć patrzeć na nas, nasze patrzenie na wszystko, co należy do niego, i tak staje się daremne. Powstrzymajmy się więc przed otwarciem koperty, cofnijmy dłoń, zanim wciśniemy Enter.
Spryt i wystarczająca doza bezczelności pozwalają dziś dość skutecznie śledzić drugiego człowieka. Możemy zajrzeć do jego portfela, do telefonu, do elektronicznej poczty. Pewnego rodzaju kompetencja i umiejętność poradzenia sobie z poczuciem winy dają cudowne poczucie kontroli: wiemy. Wiemy i tylko od nas zależy, czy, gdzie, w jaki sposób oraz kiedy ujawnimy tę naszą wiedzę. Nosimy ją jak skarb, broń, potencjał. Wydajemy się sobie silniejsi. Wydaje nam się, że odwrócimy konsekwencje zdarzeń i pokierujemy tymi, które mają dopiero nadejść. Ale to tylko okrutne złudzenie.
Jesteśmy bowiem potwornie żałośni, podwójnie żałośni. Raz, bo przekroczyliśmy własne sumienie, targani niepokojem i rozpaczą, dwa - bo pozwoliliśmy, by uczucia do tego stopnia zawładnęły naszym życiem, by przekroczenie tej granicy stało się możliwe.
Prawda jest wstrząsająca: przegrywamy już w momencie, gdy pochylamy się, by zajrzeć do cudzego pokoju przez dziurkę od klucza. Wiemy czy nie - jesteśmy tak samo bezbronni. Nasza zbroja jest pergaminowa, nasza broń to oszczep z zapałek.
Czy możemy zajrzeć w oczy człowiekowi, który kieruje swoje spojrzenie na kogoś innego niż my? Czy istnieje hasło, które można złamać, by to się udało? Jeśli drugi człowiek przestał chcieć patrzeć na nas, nasze patrzenie na wszystko, co należy do niego, i tak staje się daremne. Powstrzymajmy się więc przed otwarciem koperty, cofnijmy dłoń, zanim wciśniemy Enter.
czwartek, 5 sierpnia 2010
Z drugiej strony kanału
14 maj 2010 o 16:01
Często śni mi się, że umieram. Są to coraz spokojniejsze sny.
Dzisiaj, podczas operacji serca zostawiono mi w nim pięciozłotówkę. Podjęto decyzję o ponownym otwarciu. Dostałam tę monetę na pamiątkę. Była pokryta patyną.
Często śni mi się, że umieram. Są to coraz spokojniejsze sny.
Dzisiaj, podczas operacji serca zostawiono mi w nim pięciozłotówkę. Podjęto decyzję o ponownym otwarciu. Dostałam tę monetę na pamiątkę. Była pokryta patyną.
Ks. Adam Pilch
25 kwiecień 2010 o 10:27
Wczoraj w parafii Wniebowstąpienia Pańskiego w Warszawie odbył się pogrzeb naszego proboszcza ks. Adama Pilcha. Zawdzięczam mu tak wiele, że nie znajduję słów, żeby o tym dzisiaj opowiedzieć. Oddam więc głos mądrzejszym i większym ode mnie.
"Pożegnania zakończył dr Jakub Slawik, który w imieniu przyjaciół wspominał mi.in.: Adam uosabiał w sobie moje marzenie o tym, jakim chciałbym widzieć mój Kościół, nasz Kościół, Kościół w których nie ma gorszych i lepszych, bo Adam z równą uwagą odnosił się do biskupów i do nas wszystkich w tej parafii, Kościół, w którym nigdzie nie dzieli się wierzących na mężczyzn i kobiety; Kościół, w którym skłonności seksualne nie mają żadnego znaczenia, Kościół otwarty dla wszystkich, w którym Ewangelia znosi wszelkie przywileje i podziały, Kościół bez zadęcia i pustej celebry, bez walki o tak zwane wartości chrześcijańskie, bez taniego moralizowania i taniego sentymentalizmu, lecz Kościół żyjący Ewangelią o wyprzedzającym wszelkie nasze czyny zbawieniu w Chrystusie."
Wczoraj w parafii Wniebowstąpienia Pańskiego w Warszawie odbył się pogrzeb naszego proboszcza ks. Adama Pilcha. Zawdzięczam mu tak wiele, że nie znajduję słów, żeby o tym dzisiaj opowiedzieć. Oddam więc głos mądrzejszym i większym ode mnie.
"Pożegnania zakończył dr Jakub Slawik, który w imieniu przyjaciół wspominał mi.in.: Adam uosabiał w sobie moje marzenie o tym, jakim chciałbym widzieć mój Kościół, nasz Kościół, Kościół w których nie ma gorszych i lepszych, bo Adam z równą uwagą odnosił się do biskupów i do nas wszystkich w tej parafii, Kościół, w którym nigdzie nie dzieli się wierzących na mężczyzn i kobiety; Kościół, w którym skłonności seksualne nie mają żadnego znaczenia, Kościół otwarty dla wszystkich, w którym Ewangelia znosi wszelkie przywileje i podziały, Kościół bez zadęcia i pustej celebry, bez walki o tak zwane wartości chrześcijańskie, bez taniego moralizowania i taniego sentymentalizmu, lecz Kościół żyjący Ewangelią o wyprzedzającym wszelkie nasze czyny zbawieniu w Chrystusie."
01
24 kwiecień 2010 o 23:03
Schodzi się do metra z dość ciemnej ulicy. Wyraźnie widzi się jasno oświetlone schody, stopnie. Na powierzchni zostają drzewa, które kwitną jak rok, dwa lata, trzy lata temu. Pamiętam jak kupiłam rower. FMD po nocach, spacery z psem i szczękanie zębami z zimna. Wszystko poszło się pieprzyć.
Do wagonu metra wchodzą ze mną dwa obleśne tłuściochy w spódnicach mini, galerianki XXL. Wały tłuszczu na brzuchach, uda jak u godżilli, słoniowe kostki spętane sandałami rzymskich legionistów. Gołe zmarznięte nogi (ja w płaszczu, owinięta wełnianym szalikiem), powiększony zestaw zimnych nóżek w galarecie. Foie gras na obcasach. Dzięki temu widokowi droga szybko mija.
Wychodzi się z metra, ale już ciężko wspinać się po schodach, dopadło to, tamto. Wzdłuż Wałbrzyskiej rosną kasztany, a ich wielkie, jeszcze nie rozłożone liście wiszą jak zielone jądra. Co za urocze skojarzenie. Powidok: para zakurzonych damskich pantofli z urwanym guzikiem. Gdyby to nie był zwid, ale rzeczywistość, rzuciłabym się na kolana, żeby je całować.
Schodzi się do metra z dość ciemnej ulicy. Wyraźnie widzi się jasno oświetlone schody, stopnie. Na powierzchni zostają drzewa, które kwitną jak rok, dwa lata, trzy lata temu. Pamiętam jak kupiłam rower. FMD po nocach, spacery z psem i szczękanie zębami z zimna. Wszystko poszło się pieprzyć.
Do wagonu metra wchodzą ze mną dwa obleśne tłuściochy w spódnicach mini, galerianki XXL. Wały tłuszczu na brzuchach, uda jak u godżilli, słoniowe kostki spętane sandałami rzymskich legionistów. Gołe zmarznięte nogi (ja w płaszczu, owinięta wełnianym szalikiem), powiększony zestaw zimnych nóżek w galarecie. Foie gras na obcasach. Dzięki temu widokowi droga szybko mija.
Wychodzi się z metra, ale już ciężko wspinać się po schodach, dopadło to, tamto. Wzdłuż Wałbrzyskiej rosną kasztany, a ich wielkie, jeszcze nie rozłożone liście wiszą jak zielone jądra. Co za urocze skojarzenie. Powidok: para zakurzonych damskich pantofli z urwanym guzikiem. Gdyby to nie był zwid, ale rzeczywistość, rzuciłabym się na kolana, żeby je całować.
Subskrybuj:
Posty (Atom)